
Puszcza Bolimowska to gravelowe złoto położone zaledwie godzinę drogi od Warszawy. Szutry, które płyną między drzewami. Szybkie odcinki, gdzie noga sama podaje. I te momenty, kiedy nagle robi się cicho… tak cicho, że słyszysz tylko własny oddech i opony delikatnie muskające podłoże.
Piotr Wrotek / MI WOLNO
To właśnie tutaj odbywa się Kontra Bolimowska. W tym roku - druga edycja.
Na pierwszą, w 2025 roku, ostrzyłem sobie zęby. Niestety życie napisało inny scenariusz i kiedy pojawiła się szansa startu, lista była już zamknięta. W tym roku nie popełniłem tego błędu - miejsce zaklepałem od razu. Potem zostało już tylko odliczanie dni do pierwszego „przepalenia nogi” w sezonie 2026.
I właśnie przepalenie jest tutaj słowem kluczem.
Patrząc na wyniki z poprzedniego roku, szybko zrozumiałem, że dla wielu startujących to nie jest event z kategorii „kolarstwo romantyczne”. Jasne - limit czasu nie był wyśrubowany. Można było przejechać trasę turystycznie, może nawet zatrzymać się na chwilę i zebrać kilka grzybów… gdyby akurat był na nie sezon.
Ale jeśli chciałeś myśleć o miejscu w pierwszej połowie stawki, to 45-letni gość taki jak ja musiał się liczyć z jednym - solidnym przepaleniem nogi.
Kontra w 2026 odbyła się 28 marca. Start miał miejsce przy Zalewie Zadębie w Skierniwicach, gdzie zacumował Galeon.Na pokładzie nie znajdziecie szkorbutu, a herbatki nie podaje tam Sir Francis Drake. Na co dzień można za to zjeść smakowitą rybkę i uraczyć się typowo „morskim” plackiem zwanym pizzą.
W dniu startu korsarzy zastąpiła załoga Ultravelo i Team29er. Zamiast przydziałów na chleb i dyspozycji, kto dziś sprząta pokład, a kto rozwija żagle -rozdawali numery startowe i trackery. I trzeba przyznać jedno: wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku. Szybko było wiadomo, że za chwilę odbijemy od brzegu… tylko zamiast morza czekał nas szuter.
Ruszyliśmy.
Moja grupa startowała około 8:30. Dwa kilometry rozbiegówki za pilotem pozwoliły „na spokojnie” popodziwiać zalew i powoli wejść na obroty. Chwilę później pilot odłączył się od nas niczym myśliwiec odprowadzający bombowce na strategiczną misję. Zostaliśmy sami.

Tylko my, nasze tętno i puszcza.
Po przebiciu się przez obrzeża Skierniewic koła bardzo szybko zaczęły smakować tego, po co ludzie przyjeżdżają do Bolimowskiej. Z mojej grupy dwóch śmiałków odjechało naprawdę szybko. Ja zostałem sam… ale tylko na chwilę.
Powoli zbliżał się do mnie Alex na swoim Ridleyu Kanzo. Dogonił mnie na asfaltowym odcinku. Jego opony wygrywały skoczną melodię (chyba Shwalbe Thunder Burt), a ja dostroiłem się do jego tempta. I tak, pięknie, na zmianach, lecieliśmy razem aż do 40. kilometra, a może i kawałek dalej.
Za co zapamiętam Alexa? Po pierwsze - świetny gość. Taki, z którym po prostu dobrze się jedzie. Bez spiny, z flow. A po drugie… za coś, co zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu. Kamień spod jego koła poleciał prosto do moich ust. Serio. Na szczęście go nie połknąłem.

Sama trasa do tego momentu była szybka. Pogoda dopisywała - nie zanosiło się na opady. Mogło być trochę cieplej, ale nie ma co wybrzydzać.
Okoliczności przyrody? Sztos. Szerokie, leśne drogi, momentami otwarte przestrzenie między polami — wszystko to robiło robotę. Do tego dochodziły mało uczęszczane asfalty, które pozwalały złapać rytm i naprawdę się rozpędzić.
Chwilę później dogoniła nas solidnie kręcąca grupa. Jak się później okazało - była to zorganizowana akcja. Ekipa ustawkowa, która spotyka się co środę pod sklepem Antymateria w Warszawie. Ta trasa zdecydowanie premiowała jazdę w grupie. Kilkuosobowe pociągi dawały realną przewagę na tej szybkiej trasie.
Po krótkiej analizie, która sprowadzała się do staropolskiego „a ch*** tam”, złapałem się zębami tego pociągu i poleciałem z chłopakami. Starałem się nie być tylko pasażerem na gapę - kiedy tylko noga pozwalała, próbowałem być z przodu.
I tak dojechaliśmy do pit stopu pod namiotem Airbike. Moje serducho zabiło mocniej - mam do tej marki duży sentyment jako były członek teamu Airbike MTB (jeszcze za czasów panowania Mikołaja).
Na pit stopie byłem pogodzony z tym, że ekipa poleci dalej beze mnie. Ja chciałem uzupełnić wodę i musiałem ogarnąć baterię w kamerce, co z reguły zajmuje chwilke dłuższą niż 15 sekund. Na szczęście okazało się, że ekipa AntyWolno również robi szybki serwis i tankowanie.
Ku mojej radości - lecieliśmy dalej razem.
Dalsza jazda to już festiwal czystej, rowerowej radochy. Z chłopakami czułem się jak członek watahy - m.in. zwolnili, kiedy dostrzeli, że zaczynam odpadać. Za to ogromne dzięki.

Kręciliśmy dalej. Trasa wciąż szybka i piękna. Single nad Rawką - czysta miodność i flow na najwyższym poziomie. Chwilę później przejazd obok Zalewu Bolimowskiego i przeprawa przez charakterystyczny drewniany mostek.
Wtedy odpaliłem kolejny złoty strzał - żel od producenta o trzyliterowej nazwie. Weszło idealnie. Noga znowu chciała kręcić, płuca łapały bolimowskie powietrze, a dzień… był po prostu piękny.
Około 118. kilometra odpadłem od grupy. Siła wyższa. Ostatnie kilometry to już jazda bardziej solo, choć momentami w towarzystwie pojedynczych zawodników.
Do mety dojechałem.

Szczęśliwy.
Na mecie przywitał mnie między innymi szanowny redaktor Michał Śmieszek. Było dużo śmiechu, rozmów i tej specyficznej satysfakcji, którą daje dobrze przejechany dzień na rowerze.

W tym miejscu powinno być podsumowanie - i dokładnie takie będzie.
Świetna impreza.
Idealna na przepalenie nogi przy wiosennym przesileniu. Taka, która w punkt wykorzystuje potencjał miejsca, jakim jest Puszcza Bolimowska. Chylę czoła przed organizatorem za świetne wytyczenie trasy. GPX z tego przejazdu zostaje ze mną na dłużej jako baza do kolejnych wypadów w te rejony. Nie giąć nie niszczyć trzymać w okładce dwa lata będzie służyć …
Ogromny plus również za miejsce startu. Galeon zrobił robotę - dużo miejsca, dobry klimat i zero chaosu. A po wyścigu? Szaszłyk z grilla wszedł pięknie… skontrowany zerówką. Organizacyjnie - poziom rewelacyjny pod każdym względem.
Wyniki znajdziecie tutaj: https://ultravelo.pl/wyniki
I powiem tak - jeśli kolejne wydarzenia będą na tym poziomie, to serio zaczynam rozważać hashtag #jadeBBC.
Dodatkowe podziękowania dla Anty Wolno.Po wyścigu zaliczyłem swoją pierwszą ustawkę z ekipą i coś czuję, że będę wpadać regularnie. Środy pod Antymaterią brzmią jak bardzo dobry plan.
Pozdrowienia dla całej ekipy - Panowie i Panie, do zobaczenia na szutrze!
Wyniki:
Dystans: 127km
Czas: 04:55
Miejsce: 45/103 Open




